.::HUMOR::.

<POWRÓT

Anegdoty z "Niecodziennika" ks. Jana Twardowskiego

 

Kiedy przebywałem na swojej pierwszej parafii w Żbikowie, widziałem co pewien czas jedną ze starszych pań leżącą krzyżem. Początkowo nie śmiałem pytać, wrzeszcie zapytałem:
- W jakiej intencji pani się modli?
Odpowiedziała :
- Modlę sie w intencji kierowniczki zakładu spokojnej starości, żeby zdechła.

***

- Słuchaj - tłumaczyłem czteroletniej Krysi, która uczyła sie religii - dłaczego płaczesz? Twoi rodzice biorą ślub w kościele, bo wcześniej nie mogli. Powinnaś się cieszyć.
Płakała dalej:
- Nie przypuszczałam, że byli takimi świntuchami.

***

Pewien ksiądz, doktor teologii, przyszedł w zastępstwie katechety na lekcje religii do przedszkola. Dotykał rękami główek dzieci i mówił:
- Pamiętajcie na całe życie: Bóg jest transcendentalny.

***

Pewna pani gniewała się na tych, którzy obcinają psom ogony. Mówiła:
- Co Bóg złączyl, człowiek niech nie rozdziela.

***

Na cmentarzu w Wolominie na jednym z nagrobkow przeczytalem napis: "Szanuj zdrowie, bo jak nie, to cie spotka to, co mnie".

***

Mówiono mi także o innym nagrobku: "Tu leży maż, co dreczył mnie wciaż. A teraz drogi meżu odpoczniemy sobie, ja w domu, a ty w grobie".

***

Opowiadano mi rownież taka historie. Jeden z dziedziców postawił nagrobek, na ktorym kazal wyryć napis: "Dobry z ciebie był parobek, więc ci stawiam ten nagrobek". Zdarzyło sie, że po pewnym czasie ktoś kredą dopisal: "Kiedyś stawiał mu nagrobek, to już nie był twój parobek, ani tyś mu nie był panem. Pocałuj go w piszczel. Amen".

 

***



Slyszalem o trzyletnim Marku, ktory niecierpliwil sie w czasie Mszy sw., nie mogac doczekac sie konca, i wreszcie zapytal rodzicow glosnym szeptem:
- Kiedy ksiadz powie: "Idzcie ofiary do domu"?

***

Slyszalem w homilii slubnej: - Glupcze, jeszcze tej nocy zazadaja duszy twojej.

***

W czasach stalinowskich przyszlo do mnie pewnego dnia dwoch panow z Bepieczenstwa.
- Pojedziemy na zebranie dyskusyjne - powiedzieli.
Okazalo sie jednak, ze pomylili sie i pokazali mi wezwanie na nazwisko ksiedza - mojego poprzednika.
Tak sie nie nazywam - bronilem sie - nie moge pojechac. Kiedy zostawili mnie w spokoju i odjechali, schowalem sie. Przyjechali po mnie po raz drugi, ale nie znalezli mnie. Rano przyszli i zabrali mnie samochodem do Urzedu Bezpieczenstwa we Wlochach pod Warszawa. Po trzech godzinach trzymania na korytarzu wpuscili mnie na sale. Przy stole siedzialo szesciu panow - byli zli na mnie. Kazdy z nich zaczal mi udawadniac, ze nie ma Boga, a jeden, widocznie historyk, przypomnial, ze za krola Lokietka pewien biskup mial dziecko.
- Te dowody sa mi niepotrzebne - powiedzialem - bo ja Boga widzialem.
Zamilkli. Po chwili jeden z nich wstal i oznajmil mi:
- Ksiadz jest wolny.
Wypuscili mnie i odtad wiecej nie wzywali.
Powiedzialem prawde, bo zawsze mam wrazenie, ze Boga widze, chociaz nie umiem tego wytlumaczyc.

***

Pamiętam z czasów stalinowskich. W dniu wyborów do Sejmu ksiądz proboszcz powiedział:
- Jeżeli chodzi o mnie, pobiegn bardzo rano, to nikt nie zobaczy, a ksiądz niech pójdzie później.
Następnego dnia naplotkowano w parafii:
- Ksiądz proboszcz tak się pośpieszył, że nad czczo poleciał.

***

Pewien ksiądz, Francuz, odprawiając mszę po polsku, zrobił trzy błędy: zamiast "Oto Baranek Boży" - powiedział: "Oto Owiec Boży", zamiast "Dzieciątko Boże" - "Dziewczątko Boże", a po skończeniu zapytał: "Kiedy mogę jeszcze raz mszyć?"

***

Kiedyś wybrałem się do spowiedzi świętej poza Warszawę. Jako pokutę ksiądz polecił mi przeczytać kilka wierszy księdza Twardowskiego.

[DO GÓRY]